środa, 29 stycznia 2014

Rozdział 2

Dojechaliśmy na lotnisko.
 -Musimy iść oddać bagaże. - skinęłam głową na Dave'a.
 - Idź sama ja chwilę poczekam.
 -Dobra.
Ciągnęłam walizkę do odprawy bagażowej. Olbrzymia kolejka ciągnęła się przez pół lotniska.  Stałam w niej z godzinę-półtorej. Nareszcie, odprawa za mną. Szłam przez lotnisko do ławek.
 -Ja już chyba muszę iść.
 - Powodzenia.-mocno mnie przytulił.
 - Dzięki. - odwzajemniłam uścisk.
Odsunęłam się i wzięłam głęboki oddech. Odeszłam do szklanych drzwi. Było już po wszystkim, kontrola za mną a ja stałam już czekając na samolot. Ostatni raz sprawdzenie biletów i paszportu i zejście na płytę lotniska. Weszłam po schodach do samolotu. Zajęłam miejsce przy oknie. No i zaczął się ten cały cyrk  z dziećmi kopiącymi fotele, zrozpaczonymi ludźmi chcącym siedzieć przy sobie, drogami ewakuacji itp.
 -Prosimy zapiąć pasy, ustawić fotele w pozycji pionowej. Przypominamy że na pokładzie obowiązuje całkowity zakaz palenia.
Zaczęło się, lekkie turbulencje i po chwili wzbiliśmy się w powietrze. Zatopiłam się w muzyce i wpadłam w trans, z którego wyrwała mnie stewardesa.
 -Halo. Proszę pani, proszę przypiąć pasy.
Wykonałam polecenie i znowu turbulencje. Jak zwykle przy lądowaniu złapał mnie ścisk w skroni. Drobny hałas i samolot stanął na płycie lotniska. Weszłam do budynku i wzięłam swój bagaż tylko po to by oddać go znowu. Byłam w Berlinie, tutaj miałam się przesiąść w samolot prosto do LA. Nie czekałam dłużej niż pół godziny. Na pokładzie nowoczesnego samolotu znalazłam się jako jedna z pierwszych. Zajęłam miejsce przy oknie. Samolot powoli się zapełniał. W pewnym momencie jakiś wysoki chłopak szturchnął mnie w ramię.
 -Mogę?
 - Skinęłam głową.
Usiadł i znowu zaczęły się cyrki. Wzbiliśmy się w powietrze.
 -Silvian. - Wysoki szarooki uśmiechnięty blondyn wyciągnął do mnie rękę.
 -Sophie - uścisnęłam jego rękę.
 -Mówisz po angielsku? - pytanie zadane po angielsku i ten akcent wskazywały na amerykańskie pochodzenie.
 -Tak.
 -To dobrze.
 -Dlaczego?
 -Bo lecimy do LA.
 - Racja.
 - Życzę szczęścia.
 - W czym?
 -Jak to? W programie.
 - Skąd wiesz.
 - Na tym polega moja praca.
 - Jesteś agentem?
 - Nie moja misja to odstawić cię do programu.
 -Nikt mi o tym nie wspominał.
 - No chyba nie sądziłaś że niepełnoletnia dziewczyna może lecieć sama 12 godzin.
 -Szczerze powiedziawszy to tak właśnie myślałam.
 -No dobra.
 -A ty ile masz lat?
 -18
 - Pochodzisz z LA?
 - Nie z NY, ale teraz mieszkam w LA.
 - Pozwolisz? - z torebki wyciągnęłam słuchawki.
 -Jasne. Sam chciałem o to zapytać.
Włożyłam do uszu słuchawki. Silvian  zrobił to samo. Wysoki, szarooki blondyn, ubrany w czarne rurki, biały t-shirt, przykryty niebieską bluzą i zielono-niebieski trampki. Wsłuchiwałam się w każdą piosenkę przez prawie 3 godziny. Szturchnęłam blondyna w łokieć.
 -Co  jest?- wyjął słuchawki z uszu.
 -Nudzi mi się.
 -Boże...
 -No co?
 -Myślałem że lecę z 15-latką a nie 4-letnią smarkulą.
 -Bo tak jest.
 -Śmiem wątpić.
 -Mi się po prostu nudzi.
 -Inteligentny człowiek nigdy nie nudzi się sam ze sobą.
 -No wiesz ty co...
 -No co? - chłopak parodiował mnie.
 -Wydawało mi się że jesteś fajny.
 -Bo jestem -uśmiechnął się szarmancko.
 -No coś mi się nie wydaje.
 -Ej, bez takich.
 -Dobra, sorry. Podasz mi torbę?
 -Skoro tak ładnie prosisz.
Wstał i podał mi torbę z górnej półki.
 -Dzięki.
 -Co będziesz robić?
 -Czytać książkę. - machnęłam mu nią przed twarzą.
 -Jak będziesz głodna to daj znać.
 -Spoko...

* * *

Z szacunków pilotów wynikało że została nam godzina lotu...


_____________________________________________________________________________

Jeśli ktokolwiek to przeczytał to proszę o komentarze.
Bitte Ihre Kommentare
Please your comments.
                                                   

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział 1

Do walizki wrzuciłam wszystkie ciuchy jakie miałam. Przecież tak nie można. Co ja wyprawiam? Wyrzuciłam wszystko z walizki. Usiadłam załamana na łóżku.
 -I co ja mam teraz zrobić? - podparłam głowę na rękach. - samolot mam na 10:00, odprawa 2 h wcześniej, 2 h drogi więc muszę wyjechać o 6, wstać o 5, czyli mam niecałe 10 h.
Powiedzcie mi kto normalny jest w stanie spakować się w taką podróż w ciągu dziesięciu godzin. Wzięłam glęboki wdech. Dobra, na spokojnie. Lot ma trwać koło 12h, więc w samolocie trochę sobie posiedzę. Średnia temperatura w maju niecałe 20°C i małe opady. Potem w wakacje już jak w patelni. Jeszcze raz otworzyłam walizkę i na spokojnie poukładałam w niej ciuchy, właściwie w nich (w jednej się nie zmieściłam). Oszczędzę wam cierpienia i powiem że ogólnie rzecz biorąc to się ogarnęłam. Padnięta rzuciłam się na łóżko. Spojrzałam na budzik. No pięknie 20:00. Trzeba być mną żeby się tyle pakować. Nie czekając na nic zabrałam piżamę i poszłam do łazienki. Napuściłam gorącej wody do wanny. Ooo...tak. Tego było mi trzeba. Gorąca kąpiel. Nic nie działało lepiej na moje zmęczone ciało. Najlepsza okazja do pomyślenia. Może komuś wyda się to śmieszne, ale dzisiaj byłam zbyt rozkojarzona. Nie byłam w stanie snuć planów na przyszłość, myśleć o książce, zastanawiać się co jutro zrobić. W mojej głowie był wielki mętlik, tysiące myśli i pustka mieszały się w jeden wielki bałagan. Wyszłam z wanny i ubrałam się w piżamę. Rozczesałam włosy i zaczęłam myć zęby. Nareszcie moje myśli zwolniły. Ukojenie dla moich skołatanych nerwów. Chwilę późnej byłam już w łóżku. Nie mogłam zasnąć.
 - Jak ja Cie ubóstwiam mój mózgu. - tak właśnie, gadam sama do siebie. - No dalej, akurat teraz? No plis, jeszcze chwilę temu padałam, a teraz nie mogę zasnąć.
 Wzięłam do ręki książkę i zaczęłam czytać. W pewnym momencie oczy zaczęły mnie piec. Były całe załzawione i bolały nieludzko. Mimo to nadal nie mogłam zasnąć. Zeszłam na dół. Dziwne, nikogo nie ma? Dopiero teraz spojrzałam na kuchenny zegar ścienny. 23:47!!! No tak, jak na mój dom to nie jest aż tak późna godzina, ale wszyscy chcieli mnie rano pożegnać. Otworzyłam lodówkę, zjadłam "małe co nie co" i zrobiłam kakao. Duży kubek kakao.Wróciłam do pokoju i usiadłam na parapecie. Patrzyłam w niebo, które niestety tego dnia było zachmurzone. Mimo to zza ciemnych obłoków co jakiś czas na chwilę wyskakiwały skrawki granatowego nieba mieniącego się gwiazdami. To takie niesamowite... miliony lat świetlnych od nas to zwykłe kule gazu, jakaś zbitka cząsteczek, ale z naszej perspektywy to jedno z najpiękniejszych zjawisk małe punkciki mrugające do nas. Nareszcie, poczułam jak moje powieki robią się coraz cięższe. Ciało powoli odmawiało posłuszeństwa, a świadomość opuszczała mnie z każdą sekundą. Zdążyłam wgramolić się do łóżka i tu straciłam świadomość kompletnie.

*  *  *

Ze snu wyrwał mnie budzik. Co?! Już?! Przecież dopiero co zasnęłam. Nie chcę mi się wstawać. Z powrotem zamknęłam oczy. O matko! To dziś! Zerwałam się z łóżka ekspresowo. Podbiegłam do szafy w której miałam naszykowane ubranie. Pobiegłam do łazienki. Ubrałam się w krótkie spodenki z kieszonkami obszytymi koronką, biały top i sweterek écru, taki typowy lekko asymetryczny (troszkę dłuższy z prawej strony), podwinięte rękawy, tuż nad łokcie i odsłonięte prawe ramię. Do tego złoty wisiorek z białymi piórkami i perełkami i kolczyki perełki. Włosy spięłam w luźnego wysokiego koczka. Wróciłam do pokoju i zgarnęłam torebkę. Zbiegłam po schodach na dół.
 - Hej wszystkim. - krzyknęłam
 - Części kochanie, troszkę ciszej bo obudzisz Dominika.
 - Cześć siostra.
 - Ania, a ty już nie śpisz?
 - Chciałam się pożegnać.
 - Strasznie się cieszę że o mnie pomyślałaś, ale przecież powinnaś iść spać.
 - Aniu, Sophie ma rację.  Idź już z powrotem spać.
 - Kocham Cię - mała wtuliła się we mnie.
 - Ja ciebie też.
Moja siostrzyczka zrozumiała, że dalsza dyskusja nie ma sensu i grzecznie poszła do sypialni.
 - Musimy się zbierać. - Dave zbierał swoje rzeczy.
 - Powodzenia córeczko. - mama przytuliła mnie mocno.
 - Kocham Cię mamo.
 - Sophie, naprawdę musimy się zbierać.
 - Już lecę.
Pobiegłam do samochodu i wsiadłam do środka. Wyjechaliśmy z podwórka. Teraz zaczęło się na dobre. 
                                                               

niedziela, 26 stycznia 2014

Prolog

Nie ukrywam że z wielkim wysiłkiem,  ale udało mi się w końcu otworzyć oczy. Przekręciłam się na prawy bok spoglądając na budzik.
 - Bosko. Nie ma to jak wstać z własnej nie przymuszonej woli wstać w sobote o 8 rano. Powaliło mnie? Czy ja nawet w wolny dzień nie mogę się wyspać?
 Ssunełam kołdrę. Udało się wstałam. Pewnie zaraz ktoś się zapyta, skoro mam wolne to dlaczego nie śpię? A żebym to ja wiedziała. Po prostu nie mogę spać. Bezsenność dopada mnie właśnie wtedy, kiedy najbardziej snu potrzebuję. Cóż poradzić, przyzwyczaiłam się do tego. Wstałam na własne nogi chwiejąc się. Pod nosem śmiałam się sama z siebie. Otworzyłam szafę, wyjełam różowe szorty, szarą bluze z nadrukiem z kwiatów ułożonym w napis "flower dreams" i zestaw czystej bielizny.  Weszłam do łazienki. Rozebrałam się i nalałam do wanny ciepłej wody. Zanurzyłam się. O tak, tego było mi trzeba. Jak zwykle wczoraj czytałam do późna i nie miałam siły się wykąpać. Umyłam włosy i wyskoczyłam z wanny. Wysuszyłam włosy i spięłam je w niechlujnego koczka. Ubrałam się i pędem wbiegłam do pokoju zgarniając torebkę. Zbiegłam na dół.
 - Hej mamo.-rzuciłam otwierając lodówkę.
 -Cześć. Idziesz gdzieś? - mama zmierzyła mnie wzrokiem.
 - Tak. Jakby coś do dzwoń. - rzuciłam wychodząc z kuchni z jogurtem.
 -Ale...
 - Ale co?
 -Już nic. Tylko wróć przed szesnastą.
 - Spoko.

                                                                                 * * *

Byłam na mojej polanie. Tak mojej własnej. Polubiłam to miejsce, pokazał mi je Artur (znajomy). Nie wielka powierzchnia zarośnięta wysoką trawą i z jednym starym  drzewem. Siedziałam na jednej z jego gałęzi czytając książkę. Na polane można się dostać z dwóch stron. Od strony lasu i od strony rzeki. Ja dostałam się tu pierwszym sposobem. Od mojego domu miałam prawie kilometr na przystanek. Z niego 4 przystanki i kilometr do lasu. A potem albo ścieżką i po kamieniach przez rzekę, albo na czuja między drzewami i po głazach.  W sumie prawie 8 km od domu. Co za tym idzie prawie 7 od ostatnich zabudowań. Cisza i spokój. Mój raj na ziemi.
 -When she was just a girl. She expected the world. But it flew away from her reach, so... - telefon wyrwał mnie z zaciętej dyskusji między wiedźmą a Edmundem (tak właśnie, czytałam Narnię)
Wyjęłam telefon i spojrzałam na wyświetlacz.
 -Hej mamo. - mruknęłam.
 -Gdzie ty jesteś?! Wracaj natychmiast! - myślałam że mojej rodzicielce naprawdę zależy na tym żebym straciła słuch.
 - Coś się stało?
 - Przyszedł list!
 -I dlatego mam wracać do domu?
 - Nic nie rozumiesz!
 -  No tak się akurat składa że nie.
 - To jest list z Ameryki!!!
 - Chyba nadal nic nie rozumiem.
 - No przecież wiesz! Brałaś udział w tym konkursie! Na pewno się dostałaś!
A tak... Nie wspominałam jeszcze. Zgłosiłam się do programu muzycznego. Nie liczyłam na zakwalifikowanie się i szczerze powiedziawszy nadal nie liczę. Każdy z uczestników ostatniego etapu eliminacji miał dostać wejściówki na widownie do finałowego odcinka.
 - Daj spokój do pewnie wejściówki. - mruknęłam
 -Tak. Wejściówki do sławy. Zresztą po co ta cała dyskusja wracasz do domu i już.
 - Już lecę.
Hmm... Moja mama jest zabawna. Ja? Ja w programie międzynarodowym? Phi... Oczywiście zaraz po koronacji na królową Anglii i odebraniu Oscara. Sarkazm, moja cecha rozpoznawcza.
                
                                                                              * * *

Dochodziłam do domu. Spojrzałam na wyświetlacz. No pięknie 15:30. Wracałam godzinę. Matka jeszcze pomyśli że w Warszawie byłam. Otworzyłam furtkę.
 - No chodźżeż dziecko drogie.- krzyczała mama stojąc w drzwiach.
 - Mamo, cicho. Całe miasto nie musi wiedzieć że wróciłam do domu.
Zdjęłam buty i poszłam do kuchni. Spojrzałam na stół a tam leżał list. Zamarłam. Nie wierzyłam w wygraną, więc po co te ceregiele? No już dalej otwórz tą durną kopertę. Delikatnie chwyciłam list.  Miałam wrażenie że czas się zatrzymał. Ręce mi się trzęsły a do oczu zaczęły napływać łzy. Opanuj się! Ogar! Co ty sobie wyobrażasz? Że wygrasz?! Przestań się oszukiwać! Potrząsnęłam głową, wzięłam głęboki oddech i odwróciłam kopertę. Stało się. Nie ma odwrotu. Otworzyłam tę zakichaną kopertę. Delikatnie wysunęłam list.  Miałam przed oczami litery, ale nie byłam w stanie ich odczytać. Głęboki oddech. No to jedziemy...

Z przyjemnością informujemy iż

Sophie West

zakwalifikowała się do udziału w programie "The American Voice"
Szczegóły pod numerem
100 101 102
Prosimy o potwierdzenie przybycia do 18.05.2013 do godz. 16:00 
(czasu polskiego)

-Mamo! Wygrałam! Rozumiesz?! Rozumiesz!? Jestem w tym programie!!!
- Wiedziałam że Ci się uda.
Skakałam piszcząc jak opętana.
 - Sophie!
 - Co?! - ucichłam i spojrzałam na mamę. Wyglądała jakby zobaczyła ducha. - No co? Powiesz mi o co chodzi?
 - Osiemnasty jest dzisiaj! Mamy 15:53!!!
 - Jezus Maria! Dzwoń natychmiast jak!- jak oparzona rzuciłam mamie telefon, a ta stała jak sparaliżowana - No dzwoń o jasnej!- ugryzłam się w porę w język.
 -Dzie..Dzień do-do-dobry.- mama jąkała się - Ja dz-dz-dzwonię w sprawie Sophie West. Tak S o p h i e  W e s t. Dobrze rozumiem. A kiedy ten samolot? Jak to? List doszedł dzisiaj. Dobrze - tutaj nastała długa przerwa- Dobrze. Do widzenia.
Bałam się. Bardzo się bałam. Z tonu mojej mamy nie można było wyczytać nic pozytywnego.
 -Eee... Aaa... Ja nie wiem co powiedzieć.- mamie naprawdę mowę odebrało.
 - Najlepiej prawdę.
 - No więc masz jutro samolot o 10, na Okęciu.
 -Co?! Przecież ja nawet nie mam biletów.
 - Jest na lotniku, wystarczy że pokażesz dowód tożsamości i Ci go wydadzą.
Spojrzałam na zegarek. Jest 17:00. Muszę się spakować! Pobiegłam do pokoju. Wyciągnęłam walizkę i wrzuciłam tam wszystkie ciuchy...

sobota, 25 stycznia 2014

Bohaterowie

 Logan Henderson (18l.)
Pochodzi z Texasu, aktualnie mieszka w LA. Urodzony 14.09
Jest osobą uchodzącą za najdojrzalszą w zespole.
Uwielbia zwierzęta i kocha sporty, zwłaszcza te ekstremalne.


Kendall Schmidt (17l.)
Pochodzi z Kansas, mieszka w LA. Urodzony 2.11
Miał jeszcze jeden zespół, który rozpadł się pół roku temu.
To on zawsze myśli na trzeźwo i nie zawodzi w najgorszej sytuacji.
Stara się zdrowo odżywiać i nienawidzi  historii.


James Maslow (17l.)
Pochodzi z NY, aktualnie mieszka w LA. Urodzony 16.07.
Jego rodzice zadbali o karierę gdy miał zaledwie 6 lat.
Nie lubi sms'ować i nie pija mleka.


 Carlos Pena (18l.)
Pochodzi z Columbii, mieszka w LA. Urodzony 15.08
 Jest wysportowany i pewny siebie.
Często pozostali chłopcy muszą dbać o to żeby jego pomysły nie zaistniały
w świecie realnym.
Uwielbia jeździć na desce i jeść ryby.

Sophie West (15l.)
Urodziła się w Irlandii, mieszka  pod Warszawą. Urodzona 21.08.
Dziewczyna nieśmiała, nie za wysoka ciemna blondynka. Ma 
duże brązowe oczy. Jest dziewczyną szukającą szczęścia gdziekolwiek.
Uwielbi zwierzęta, słodycze  i włoską kuchnię.


Morgan Eduard Smith (17l.)
Pochodzi i mieszka w Londynie. Urodzony 17.09.
Chłopak wiecznie czekający na "te jedyną, niepowtarzalną
okazję". Za cel obiera sobie wyrwać się z perfekcyjnej przyszłości,
zaplanowanej przez rodziców.
Nie lubi sera, uwielbia mleko.

Bruno Andrew Swiss (16l.)
Pochodzi z Berlina, mieszka w Londynie. Urodzony 15.05.
Szuka siebie, wszystko traktuje niepoważnie. Pod
maską uśmiechu skrywa ból i cierpienie.
Kocha sporty ekstremalne i fast food'y.



Ross Lucas Peter  Nighter (16l.)
Pochodzi z Londynu, mieszka w Liverpool'u. Urodzony 27.06
Tajemniczy, ale otwarty. Nie szuka niczego.
Po prostu żyje chwilą. 
Uwielbia egzotyczne owoce i gry planszowe.

Louis Mitchel (15l.)
Pochodzi z Irlandii, tam aktualnie mieszka. Urodzony 21.03.
Uroczy, niepewny siebie.
"Daje z siebie wszystko, a jeżeli to nie wystarcza to 
znaczy że nie było warte zachodu."
Uwielbia jedzenie i biwaki.

 

                                                                       

Zwiastun...

Sława, pieniądze, fani dla nich codzienność.
Dla niej coś nieosiągalnego, coś o czym marzyła
przez całe życie.
Stara się osiągnąć cel, ale czy tak naprawdę jest nim 
właśnie sława?