-Musimy iść oddać bagaże. - skinęłam głową na Dave'a.
- Idź sama ja chwilę poczekam.
-Dobra.
Ciągnęłam walizkę do odprawy bagażowej. Olbrzymia kolejka ciągnęła się przez pół lotniska. Stałam w niej z godzinę-półtorej. Nareszcie, odprawa za mną. Szłam przez lotnisko do ławek.
-Ja już chyba muszę iść.
- Powodzenia.-mocno mnie przytulił.
- Dzięki. - odwzajemniłam uścisk.
Odsunęłam się i wzięłam głęboki oddech. Odeszłam do szklanych drzwi. Było już po wszystkim, kontrola za mną a ja stałam już czekając na samolot. Ostatni raz sprawdzenie biletów i paszportu i zejście na płytę lotniska. Weszłam po schodach do samolotu. Zajęłam miejsce przy oknie. No i zaczął się ten cały cyrk z dziećmi kopiącymi fotele, zrozpaczonymi ludźmi chcącym siedzieć przy sobie, drogami ewakuacji itp.
-Prosimy zapiąć pasy, ustawić fotele w pozycji pionowej. Przypominamy że na pokładzie obowiązuje całkowity zakaz palenia.
Zaczęło się, lekkie turbulencje i po chwili wzbiliśmy się w powietrze. Zatopiłam się w muzyce i wpadłam w trans, z którego wyrwała mnie stewardesa.
-Halo. Proszę pani, proszę przypiąć pasy.
Wykonałam polecenie i znowu turbulencje. Jak zwykle przy lądowaniu złapał mnie ścisk w skroni. Drobny hałas i samolot stanął na płycie lotniska. Weszłam do budynku i wzięłam swój bagaż tylko po to by oddać go znowu. Byłam w Berlinie, tutaj miałam się przesiąść w samolot prosto do LA. Nie czekałam dłużej niż pół godziny. Na pokładzie nowoczesnego samolotu znalazłam się jako jedna z pierwszych. Zajęłam miejsce przy oknie. Samolot powoli się zapełniał. W pewnym momencie jakiś wysoki chłopak szturchnął mnie w ramię.
-Mogę?
- Skinęłam głową.
Usiadł i znowu zaczęły się cyrki. Wzbiliśmy się w powietrze.
-Silvian. - Wysoki szarooki uśmiechnięty blondyn wyciągnął do mnie rękę.
-Sophie - uścisnęłam jego rękę.
-Mówisz po angielsku? - pytanie zadane po angielsku i ten akcent wskazywały na amerykańskie pochodzenie.
-Tak.
-To dobrze.
-Dlaczego?
-Bo lecimy do LA.
- Racja.
- Życzę szczęścia.
- W czym?
-Jak to? W programie.
- Skąd wiesz.
- Na tym polega moja praca.
- Jesteś agentem?
- Nie moja misja to odstawić cię do programu.
-Nikt mi o tym nie wspominał.
- No chyba nie sądziłaś że niepełnoletnia dziewczyna może lecieć sama 12 godzin.
-Szczerze powiedziawszy to tak właśnie myślałam.
-No dobra.
-A ty ile masz lat?
-18
- Pochodzisz z LA?
- Nie z NY, ale teraz mieszkam w LA.
- Pozwolisz? - z torebki wyciągnęłam słuchawki.
-Jasne. Sam chciałem o to zapytać.
Włożyłam do uszu słuchawki. Silvian zrobił to samo. Wysoki, szarooki blondyn, ubrany w czarne rurki, biały t-shirt, przykryty niebieską bluzą i zielono-niebieski trampki. Wsłuchiwałam się w każdą piosenkę przez prawie 3 godziny. Szturchnęłam blondyna w łokieć.
-Co jest?- wyjął słuchawki z uszu.
-Nudzi mi się.
-Boże...
-No co?
-Myślałem że lecę z 15-latką a nie 4-letnią smarkulą.
-Bo tak jest.
-Śmiem wątpić.
-Mi się po prostu nudzi.
-Inteligentny człowiek nigdy nie nudzi się sam ze sobą.
-No wiesz ty co...
-No co? - chłopak parodiował mnie.
-Wydawało mi się że jesteś fajny.
-Bo jestem -uśmiechnął się szarmancko.
-No coś mi się nie wydaje.
-Ej, bez takich.
-Dobra, sorry. Podasz mi torbę?
-Skoro tak ładnie prosisz.
Wstał i podał mi torbę z górnej półki.
-Dzięki.
-Co będziesz robić?
-Czytać książkę. - machnęłam mu nią przed twarzą.
-Jak będziesz głodna to daj znać.
-Spoko...
* * *
Z szacunków pilotów wynikało że została nam godzina lotu...
_____________________________________________________________________________
Jeśli ktokolwiek to przeczytał to proszę o komentarze.
Bitte Ihre Kommentare
Please your comments.








