niedziela, 26 stycznia 2014

Prolog

Nie ukrywam że z wielkim wysiłkiem,  ale udało mi się w końcu otworzyć oczy. Przekręciłam się na prawy bok spoglądając na budzik.
 - Bosko. Nie ma to jak wstać z własnej nie przymuszonej woli wstać w sobote o 8 rano. Powaliło mnie? Czy ja nawet w wolny dzień nie mogę się wyspać?
 Ssunełam kołdrę. Udało się wstałam. Pewnie zaraz ktoś się zapyta, skoro mam wolne to dlaczego nie śpię? A żebym to ja wiedziała. Po prostu nie mogę spać. Bezsenność dopada mnie właśnie wtedy, kiedy najbardziej snu potrzebuję. Cóż poradzić, przyzwyczaiłam się do tego. Wstałam na własne nogi chwiejąc się. Pod nosem śmiałam się sama z siebie. Otworzyłam szafę, wyjełam różowe szorty, szarą bluze z nadrukiem z kwiatów ułożonym w napis "flower dreams" i zestaw czystej bielizny.  Weszłam do łazienki. Rozebrałam się i nalałam do wanny ciepłej wody. Zanurzyłam się. O tak, tego było mi trzeba. Jak zwykle wczoraj czytałam do późna i nie miałam siły się wykąpać. Umyłam włosy i wyskoczyłam z wanny. Wysuszyłam włosy i spięłam je w niechlujnego koczka. Ubrałam się i pędem wbiegłam do pokoju zgarniając torebkę. Zbiegłam na dół.
 - Hej mamo.-rzuciłam otwierając lodówkę.
 -Cześć. Idziesz gdzieś? - mama zmierzyła mnie wzrokiem.
 - Tak. Jakby coś do dzwoń. - rzuciłam wychodząc z kuchni z jogurtem.
 -Ale...
 - Ale co?
 -Już nic. Tylko wróć przed szesnastą.
 - Spoko.

                                                                                 * * *

Byłam na mojej polanie. Tak mojej własnej. Polubiłam to miejsce, pokazał mi je Artur (znajomy). Nie wielka powierzchnia zarośnięta wysoką trawą i z jednym starym  drzewem. Siedziałam na jednej z jego gałęzi czytając książkę. Na polane można się dostać z dwóch stron. Od strony lasu i od strony rzeki. Ja dostałam się tu pierwszym sposobem. Od mojego domu miałam prawie kilometr na przystanek. Z niego 4 przystanki i kilometr do lasu. A potem albo ścieżką i po kamieniach przez rzekę, albo na czuja między drzewami i po głazach.  W sumie prawie 8 km od domu. Co za tym idzie prawie 7 od ostatnich zabudowań. Cisza i spokój. Mój raj na ziemi.
 -When she was just a girl. She expected the world. But it flew away from her reach, so... - telefon wyrwał mnie z zaciętej dyskusji między wiedźmą a Edmundem (tak właśnie, czytałam Narnię)
Wyjęłam telefon i spojrzałam na wyświetlacz.
 -Hej mamo. - mruknęłam.
 -Gdzie ty jesteś?! Wracaj natychmiast! - myślałam że mojej rodzicielce naprawdę zależy na tym żebym straciła słuch.
 - Coś się stało?
 - Przyszedł list!
 -I dlatego mam wracać do domu?
 - Nic nie rozumiesz!
 -  No tak się akurat składa że nie.
 - To jest list z Ameryki!!!
 - Chyba nadal nic nie rozumiem.
 - No przecież wiesz! Brałaś udział w tym konkursie! Na pewno się dostałaś!
A tak... Nie wspominałam jeszcze. Zgłosiłam się do programu muzycznego. Nie liczyłam na zakwalifikowanie się i szczerze powiedziawszy nadal nie liczę. Każdy z uczestników ostatniego etapu eliminacji miał dostać wejściówki na widownie do finałowego odcinka.
 - Daj spokój do pewnie wejściówki. - mruknęłam
 -Tak. Wejściówki do sławy. Zresztą po co ta cała dyskusja wracasz do domu i już.
 - Już lecę.
Hmm... Moja mama jest zabawna. Ja? Ja w programie międzynarodowym? Phi... Oczywiście zaraz po koronacji na królową Anglii i odebraniu Oscara. Sarkazm, moja cecha rozpoznawcza.
                
                                                                              * * *

Dochodziłam do domu. Spojrzałam na wyświetlacz. No pięknie 15:30. Wracałam godzinę. Matka jeszcze pomyśli że w Warszawie byłam. Otworzyłam furtkę.
 - No chodźżeż dziecko drogie.- krzyczała mama stojąc w drzwiach.
 - Mamo, cicho. Całe miasto nie musi wiedzieć że wróciłam do domu.
Zdjęłam buty i poszłam do kuchni. Spojrzałam na stół a tam leżał list. Zamarłam. Nie wierzyłam w wygraną, więc po co te ceregiele? No już dalej otwórz tą durną kopertę. Delikatnie chwyciłam list.  Miałam wrażenie że czas się zatrzymał. Ręce mi się trzęsły a do oczu zaczęły napływać łzy. Opanuj się! Ogar! Co ty sobie wyobrażasz? Że wygrasz?! Przestań się oszukiwać! Potrząsnęłam głową, wzięłam głęboki oddech i odwróciłam kopertę. Stało się. Nie ma odwrotu. Otworzyłam tę zakichaną kopertę. Delikatnie wysunęłam list.  Miałam przed oczami litery, ale nie byłam w stanie ich odczytać. Głęboki oddech. No to jedziemy...

Z przyjemnością informujemy iż

Sophie West

zakwalifikowała się do udziału w programie "The American Voice"
Szczegóły pod numerem
100 101 102
Prosimy o potwierdzenie przybycia do 18.05.2013 do godz. 16:00 
(czasu polskiego)

-Mamo! Wygrałam! Rozumiesz?! Rozumiesz!? Jestem w tym programie!!!
- Wiedziałam że Ci się uda.
Skakałam piszcząc jak opętana.
 - Sophie!
 - Co?! - ucichłam i spojrzałam na mamę. Wyglądała jakby zobaczyła ducha. - No co? Powiesz mi o co chodzi?
 - Osiemnasty jest dzisiaj! Mamy 15:53!!!
 - Jezus Maria! Dzwoń natychmiast jak!- jak oparzona rzuciłam mamie telefon, a ta stała jak sparaliżowana - No dzwoń o jasnej!- ugryzłam się w porę w język.
 -Dzie..Dzień do-do-dobry.- mama jąkała się - Ja dz-dz-dzwonię w sprawie Sophie West. Tak S o p h i e  W e s t. Dobrze rozumiem. A kiedy ten samolot? Jak to? List doszedł dzisiaj. Dobrze - tutaj nastała długa przerwa- Dobrze. Do widzenia.
Bałam się. Bardzo się bałam. Z tonu mojej mamy nie można było wyczytać nic pozytywnego.
 -Eee... Aaa... Ja nie wiem co powiedzieć.- mamie naprawdę mowę odebrało.
 - Najlepiej prawdę.
 - No więc masz jutro samolot o 10, na Okęciu.
 -Co?! Przecież ja nawet nie mam biletów.
 - Jest na lotniku, wystarczy że pokażesz dowód tożsamości i Ci go wydadzą.
Spojrzałam na zegarek. Jest 17:00. Muszę się spakować! Pobiegłam do pokoju. Wyciągnęłam walizkę i wrzuciłam tam wszystkie ciuchy...

1 komentarz:

  1. Wszystkich, którzy przeczytali ten rozdział proszę o komentarze. Chciałabym wiedzieć czy ktoś czyta tego bloga.

    OdpowiedzUsuń