wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 5

Cisza...
 -Na co czekacie ?! -usłyszałam krzyk.
 -Lately I've been, I've been losing sleep. Dreaming about the things that we could be. But baby I've been, I've been prayin' hard. Said no more counting dollars. We'll be counting stars. Yeah, we'll be counting stars.

I see this life. Like a swinging vine. Swing my heart across the line. In my face is flashing signs. Seek it out and ya shall find. Old but I'm not that old. Young but I'm not that bold. And I don't think the world is sold. I'm just doing what we're told.

I feel something so right. Doing the wrong thing. I feel something so wrong. Doing the right thing. I couldn't lie, couldn't lie, couldn't lie. Everything that kills me makes me feel alive. - Ross oprzytomniał jako pierwszy. Skończył.


-I wanna be a billionaire so fuckin bad. Buy all of the things I never had. I wanna be on the cover of Forbes magazine. Smiling next to Oprah and the Queen.


Oh every time I close my eyes. I see my name in shining lights yeahh. A different city every night, oh, I, I swear. The world better prepare. For when I'm a billionaire. -Bruno spojrzał na Morgana.


Easy come, easy go. That's just how you live, oh. Take, take, take it all. But you never give,
should have known you was trouble from the first kiss. Had your eyes wide open, why were they open?

Gave you all I had and you tossed it into trash, you tossed it into trash, you did. To give me all your love is all. I've ever asked cause what you don't understand, is...

I'd catch a grenade for ya (yeah, yeah, yeah). Throw my hand on a blade for ya (yeah, yeah, yeah).
I'd jump in front of a train for ya ( yeah, yeah, yeah). You know I'd do anything for ya (yeah, yeah, yeah) Oh, oh. I would go through all this pain, Take a bullet straight through my brain,
yes, I would die for ya baby; But you won't do the same. -Morgan śpiewał z niesamowitym uczuciem, jakby ta piosenka była stworzona dla niego.


-Do you ever wonder. When you listen to the thunder. And your world just feels so small.
You put yourself on the line and time after time .Keep feeling inside like they don’t know you’re alive.Are you on their mind or just invisible.
 But I won’t let you fall. I see you through them all. And I just want to let you know.
Oh, when the lights go down in the city. You’ll be right there, shining bright. You’re a star, the sky’s the limit . And I’ll be right by your side. Oh, you know. You’re not invisible to me.
Oh, you know. You’re not gonna be invisible. -Louis urwał.


Doskonale wiedziałam co to oznacza, moja kolej, Serce waliło mi jak szalone. Nie. Nie poddam się. Nie przyjechałam tu żeby marudzić.

-Elevate a little higher. Let’s throw a party in the sky and celebrate. Elevate until we fly, yeah
Move, move your feet until you levitate. Come on, let’s elevate.
Forget about your day under the Milky Way I know a place where we can go


No need to be afraid come on, I’ll demonstrate. Take you to outer space, here we go, here we go


Woah... If you wanna party. Woah... And I know you’re down. Woah... If you wanna party, you wanna party- Skończyłam.

Serce waliło mi jak szalone. Nie było odwrotu. Oczy bolały mnie od wszechobecnej ciemności. Usłyszałam powolne kroki. Czułam że nie wytrzymuje że zaraz pęknę, od nadmiaru emocji. Zaraz czy to? Wyraźnie słyszałam powolne oklaski. Ospałe, takie jakby sarkastyczne. Powoli dołączyły di nich kolejne. Kroki były coraz wyraźniejsze. Dookoła robiło się coraz jaśniej. Zobaczyłam zarysy sylwetek. Po chwili obraz zaczął się wyostrzać, Widziałam je coraz wyraźniej i wtedy zobaczyłam ich... Czterech chłopaków.... Big time rush.
Mina Louisa wyrażała wszystko, szok i niedowierzanie. Nic dziwnego w końcu to jego ukochany Boysband.
 -Jesteście nieźli.- Kendall uśmiechnął się.
 -Ale nieźli nie znaczy świetni - Mruknął James.
Od razu wyczułam że z nie przypadliśmy mu do gustu.
 -Mam nadzieję że będzie nam się miło współpracowało. - Logan uniósł kącik ust ku górze.
 -No to co? Zostały już tylko papiery i zaczynamy?
 -Zaraz... Jakie papiery? - Ross jak zwykle musiał myśleć za nas wszystkich.
 -Moje gratulacje właśnie przeszliście przez ostatni casting. -Carlos uniósł ręce ku górze.
 - No to...   Sophie West, Morgan Eduard Smith, Bruno Andrew Swiss, Ross Lucas Peter Nighter, Louis Mitchel, moje gratulacje podpisy tutaj - podał nam jakieś papiery - i brakuje nazwy.
Wszyscy momentalnie spojrzeli na mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć.
 -One sound. -mruknęłam.
 -Co? - Morgan spojrzał na mnie.
 - One sound. - powtórzyłam tym razem głośniej.
 -Świetnie. To teraz męczące próby i świetny występ już w sobotę. - Kendall uśmiechnął się.
 -Proponuję  żebyśmy teraz wybrali piosenkę, a jutro zaczniemy próby i choreografię.
- Mogliby zaśpiewać "Just the way you are"
 - Dla nas spoko. - Ross spojrzał na nas z miną w stylu "jedno słowo a zabiję"
 -Dobra, na jutro rozpiszemy wam teksty i zrobimy coś z choreografią.
 -Zaraz.. Czyli to wy będziecie nas trenować?
 -Tak. Widzimy się tu jutro o ósmej. Musimy lecieć, na razie! - Kendall rzucił już wychodząc.
Spojrzeliśmy po sobie.
 -Wracajmy do domu. - Morgan odwrócił się w stronę drzwi. - Idziecie?
 My nadal staliśmy jak oczarowani. Jak we śnie z którego powoli się wybudzamy.
 -Ta... już idziemy - Ross ruszył z miejsca.

*  *  *

Siedzieliśmy  w limuzynie i powoli wracaliśmy do siebie.
 -Nie wiedziałem że słuchasz Bruno Marsa. - Bruno spojrzał na Morgana.
 -Nawzajem. - Morgan wpatrywał się tempo w jakiś punkt na podłodze.
 - Możecie w to uwierzyć? Big Time Rush będą nas trenować. - Louis prawie skakał po kanapie.
 -Jesteśmy na miejscu. - Sherman obrócił się w naszą stronę.
 -Dzięki za podwózkę.
Po chwili byliśmy w mieszkaniu. Morgan od razu poszedł do siebie.
 -A temu co? - Ross spojrzał za znikającą sylwetką 17-latka.
 -Coś go musiało ugryźć.
 -Może nie dotarło do niego jeszcze że jesteśmy w programie. - Louis wszedł do kuchni - Szybciej! Głodny jestem.  
Poszliśmy za nim. Każdy z nas zjadł, to co upolował. Była 12:50- coś około. Każdy z nas poszedł do siebie. Siedziałam w pokoju przeglądając ciuchy i patrząc czego mi brakuje. Spędziłam tak prawie1,5 h. Zmęczona rzuciłam się na łóżko. I oczywiście mój stan błogiego spoczynku musiał  zakłócić Bruno.
 -Gramy w karty. Grasz z nami?
 -Spoko, już idę.
Poszliśmy do Louisa. I doznałam kolejnego szoku. O ile w moim pokoju przeważały odcienie złota, bieli i ciemnego brązu, o tyle pokój Louisa był niebieskoczarny. Niebieskie jasne ściany i pościel, czarne meble i białe wykończenia. Z tego co do tej pory widziałam to w większości hoteli każdy pokój wyglądał tak samo, ale widać nie tu. Rozejrzałam się, Spore łóżko z baldachimem, dwie szafy, komoda, kanapa, dwa fotele, dwa podnóżki, olbrzymi mięciutki dywan,  lustro, olbrzymie okno i wielki ozdobny żyrandol, jednym słowem Wow. Usiadłam na wolnym fotelu.
 -A gdzie Morgan?
 -Nadal się nie odzywa.
 -W co gramy?
 -W pokera, albo w tysiąca.
 -Wolę w pokera.
Graliśmy sobie mniej więcej do  19:00. Jako że Louis nie wyrabiał z głodu poszliśmy do kuchni, co skończyło się zamówieniem pizzy.
 -Myślicie że Morgan nie jest głodny? - Bruno spojrzał na nas.
 -Pewnie jest.
 -Ross, idź sprawdź i spróbuj go namówić żeby przyszedł.
 -Dlaczego ja?
 -Bo tak powiedziałem. No plis idź.
 -Dobra.
Ross wziął talerz i podszedł do drzwi od pokoju.
 -Morgan jesteś tam? - cisza. -Halo? Jesteś głodny? Mamy kolację. Morgan... Morgan... No plis odezwij się. Morgan! Co ty masz pięć lat? No plis... wpuszczaj mnie. Słyszysz?! Wpuszczaj mnie! Morgan... Morgan proszę... - zrozpaczony Ross oparł się o drzwi i położył głowę między kolana. - Morgan... Błagam Cię... Morgan... Zostawiam Ci talerz pod drzwiami i idę. Słyszysz?
Wróciliśmy do siebie w grobowych nastrojach. Poszłam do łazienki. I napuściłam do wanny gorącej wody. Wskoczyłam i po chwili poczułam się jak w niebie. Było gorąco, ale przyjemnie gorąco. Siedziałam tak sobie i próbowałam oczyścić umysł. Prawie mi się udało.
 -Sophie! - niemiecki akcent... i wszystko jasne. - Sophie! Otwieraj te drzwi bo zaraz się posikam!
Wyszłam z wanny i ubrałam się w piżamę. Rozczesałam włosy i otworzyłam drzwi. Bruno wypchnął mnie na korytarz i zamknął drzwi. Wróciłam do siebie.  Wskoczyłam pod kołdrę. Zasnęłam. Obudziłam się rano koło 6:00 rano. Ubrałam się w szorty i biały top ze złotymi nadrukami. W kuchni zrobiłam chłopakom tosty i poszłam ich budzić. Miałam problem tylko z Brunem (pięć minut to chyba po niemiecku nie wstaję). No i oczywiście Morgan nie raczył nam otworzyć. Zostało nam 20 min do próby i postanowiliśmy iść bez niego.


*  *  *

Ross otworzył drzwi i...

 
                                                                    

środa, 5 lutego 2014

Rozdział 4

 -Mieszkam.
 -Yyy... Ale jak to?
 -No po prostu, mieszkam.
 -Ale to chyba jakaś pomyłka.
 -Chyba raczej nie.
Chłopak poszedł w stronę okna. Ruszyłam za nim.
 -Ja nie ogarniam.
 -Jezu... Ja  mieszkać w ten pokój. Ogarniać?
 -Nie jestem idiotką.
 -Boże... Zaraz nie wyrobię. Przyjdą to Ci wyjaśnią.
 -Jacy oni?
 -Reszta.
 -Jaka reszta?!
 -Boże. Czy ty jesteś nie normalna mieszkamy razem w tym apartamencie.
 -A... Sory, myślałam że... Właśnie! To nie jest tak że każdy ma własny pokój?
 -Przecież masz własny pokój.
Chłopak wyraźnie zmęczony rozwalił się na kanapie w salonie (pokój znajdował się na lewo od okna).
 -Mówiłeś że mieszkamy razem.
 -Tak. W tym apartamencie, ale pokój ma każdy własny.
W tym momencie usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i głośne śmiechy. Po chwili zobaczyłam 3 chłopaków. Śmichy ucichły. Spojrzeli po sobie.
 -Cześć. Ty pewnie jesteś Sophie? -Bardziej stwierdził niż spytał, uroczo uśmiechający  się ciemny blondyn.
 -Tak. To ja. -uśmiechnęłam się.
 -Ja jestem Ross. A to Bruno i Louis. - skinął głową na chłopaków. - Morgana już poznałaś? -wskazał na chłopaka siedzącego na kanapie.
 -Można tak powiedzieć.
 -To twoje bagaże? - wskazał na torbę i walizkę.
 -Tak.
 -Zanieść Ci je do pokoju?
 -Nie musisz. Tylko gdybyś mi pokazał gdzie jest.
Wziął moją walizkę i poszedł w stronę bocznego korytarza. Pobiegłam za nim z torbą. Otworzył mi drzwi
 -Twoja tymczasowa siedziba. - uśmiechnął się i odłożył moją walizkę na podłogę.
 -Dzięki. Mam pytanie: Gdzie jest łazienka?
 -Tam. - wskazał na drzwi. - za 15 minut w salonie. - rzucił na odchodne.
Rozejrzałam się po pokoju. Nie ma co... Pokój lepszy niż mój własny. Dwuosobowe łóżko, trzy szafy, spore biurko, stolik, dwa fotele i balkon. Spojrzałam na telefon 22:55?! A tak... inna strefa czasowa. Przestawiłam zegarek w smartphonie. 13:55, dużo lepiej. Poszłam do salonu.
 -Hej. - rzuciłam.
Usiadłam na fotelu.
 -Dobra. - Ross odchrząknął. - Może przedstawimy się Sophie? No więc, mam na imię Ross, mam 16 lat, mieszkam w Liverpool'u i nie mogę się doczekać pierwszego występu.
 -Teraz ja. - podniósł się Bruno lub Louis - Mam na imię Bruno (zagadka rozwiązana), mam 16 lat, mieszkam w Londynie, ale pochodzę z Berlina. - skinął na mnie głową.
  -Jestem Sophie, mam 15 lat, jestem z Irlandii, ale od 10 lat mieszkam w Polsce, pod Warszawą.
  -No więc... Mam na imię Louis i mam 15 lat. Pochodzę z Irlandii z małej miejscowości. Morgan?
  -Dobra... Jestem Morgan, mam 17 lat. Mieszkam w Londynie.
Siedzieliśmy w salonie.
 -Ej... - zaczął Ross - Musimy zrobić coś do jedzenia.
 -Tak proszę - zajęczał Louis - Błagam was.
Poszliśmy do kuchni każdy zorganizował sobie coś z olbrzymiej lodówki.

*  *  *

Obudziłam się rano. Spojrzałam na wyświetlacz hotelowego budzika: 8:15. Rozejrzałam się po pokoju. To nie sen, Tak! To nie sen. Jestem w LA. Nagle do pokoju wbiegł Bruno. Wskoczył na łóżko i zaczął mną potrząsać.
 -Sophie wstawaj! Wstawaj! - muszę przyznać że przezabawnie brzmiało moje imię wypowiadane z jego niemieckim akcentem. -Sophie! Musisz wstać!
 -Dobra już wstaje, ale nie musisz się tak drzeć.
Zeskoczył z łóżka.
 -Pośpiesz się bo Louis zje Ci śniadanie. - wyszedł z mojego pokoju.
 -Mieszkam z wariatami. - mruknęłam do siebie.
Podeszłam do szafki. Włożyłam jeansowe szorty i białą koszulkę na ramiączkach z nadrukiem ze smerfem. Jeśli nie wspomniałam to doznałam olśnienia. Okazało się że mamy stworzyć zespół. Osobno nie mieliśmy szans przejść, ale dano nam szansę jako zespół. Poszłam do kuchni. Na stole zobaczyłam jeden talerz naleśników nad którym siedział Louis. Spojrzał w moją stronę i zeskoczył z krzesła. Zaczął tłumaczyć się z pełną buzią.
 -Ja tylko sprawdzałem czy się nadają. Czy...
 -Spoko. - przerwałam mu i usiadłam przy stole. - a wy już po śniadaniu?
 -Mowa... Spiesz się za chwilę wychodzimy

*  *  *

Razem wyszliśmy z limuzyny. Weszliśmy do budynku i poszliśmy za Ross'em do recepcji.
 -Dzień dobry.
 -Dzień dobry. W czym mogę pomóc?
 -My do programu.
 -Nazwiska.
 -Nighter, Mitchel, Swiss, West i Smith.
 -Pierwsze piętro, sala 23.
 -Dziękuję.
Staliśmy w windzie. Drzwi się otworzyły. Chwilę później otworzyliśmy drzwi od sali. Znaleźliśmy się na scenie.
 -Jest tu ktoś?-Bruno rozglądał się nerwowo.
Na scenie było jasno, ale nie widzieliśmy nic poza sobą, my i ciemność.
 -Na co czekacie?


 

niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział 3

 -Nudzi mi się.-marudziłam
 -Przestań marudzić.
 -Ale co ja poradzę, na to że mi się nudzi.
 -Plis daj mi przynajmniej godzinę, jedną godzinę spokoju.
 -Podobno jesteś tu tylko po to żeby się mną zająć.
 -O co to to nie. Ja mam tylko Cię odstawić z jednego lotniska na drugie.
 -Slivian. Proszę.
 -Ale co ja mam zrobić?
 -Opowiedz mi coś jeszcze.
 -Ale to wcale nie jest ciekawe.
 -Jest. Strasznie Ci zazdroszczę takiego życia.
 -Uwierz nie ma czego.
 -Możesz myśleć co chcesz, ale opowiedz coś jeszcze.
 -No dobra. Ale potem dasz mi spokój do lądowania.
 -Okej, ale opowiadaj.
 -No to przy kręceniu ostatniego filmu na planie była przerwa. Zadzwonili ze studia że mogę przyjechać zrobić ten staż.
 -I się zgodziłeś? - bardziej stwierdziłam niż spytałam.
 -A dlaczego nie?
 - Trzeba być chorym, żeby rzucić pracę na planie, pojechać do kraju w którym się nigdy nie było, tylko po to żeby zrobić staż przy płycie.
 -Wystarczy mieć marzenia.
Westchnęłam. Miał całkowitą rację. Zazdrościłam mu tego. Tak cholernie zazdrościłam. Potrafił rzucić wszystko i lecieć spełniać marzenia. Mam tylko nadzieję że mi uda się spełnić moje. Na myśleniu spędziłam większą część   czasu.
 -Prosimy zapiać pasy i ustawić fotele w pozycji pionowej. Podchodzimy do lądowania.
Jak latałam samolotem od kiedy pamiętam, tak samo odkąd pamięcią sięgam bałam się lądowania. Teraz były turbulencje, bałam się strasznie. Uff... Udało  się samolot staje.
-Dziękujemy za skorzystanie z usług naszych linii lotniczych. Po odbiór bagażu prosimy skierować  się na prawo.
Odpięłam pas. Razem z Silvianem wyszliśmy odebrać bagaże.
 -Na razie.-uśmiechnął się.
 -Naprawdę nie możesz ze mną jechać?-spojrzałam na blondasa.
 -Niestety, ale jakby coś to dzwoń.-pomachał i odszedł.
Zostawił mnie samą. Wzięłam walizkę i torbę. Szłam przez lotnisko. Zobaczyłam mężczyznę, ubranego w strój typowy dla szofera, trzymającego  kartkę z moim nazwiskiem. Podeszłam do niego.
 -Panna Sophie.
 -Tak, to ja.
 -Sherman.- mężczyzna uśmiechnął się. - zapraszam do samochodu.
Poszłam za mężczyzną niosącym moje bagaże. Stanęliśmy przed limuzyną.
 -wow.
Stałam przed długim czarnym samochodem, a Sherman pakował moje walizki do bagażnika.
 - Na co panienka czeka?
 -Eee... - stałam jak sparaliżowana. - już wsiadam.
 Sherman otworzył mi drzwi. Weszłam.  Usiadłam na białym skórzanym fotelu. Pod nogami miałam ciemno fioletowy dywanik. Po prawej znajdował się mały barek. No nieźle - pomyślałam. Całą drogę podziwiałam widoki za oknem. Limuzyna zatrzymała się pod olbrzymim hotelem. Sherman otworzył mi drzwi. Wzięłam od niego bagaże i weszłam do środka. Wnętrze było niesamowie. Niczym w filmie.  Podeszłam do recepcji.
 - Dzień dobry.
 - Dzień dobry. - uśmiechnęła się recepcjonistka. - W czym mogę pomóc?
 - Nazywam się Sophie West, przyjechałam do programu.
 -Ach tak. Pokój 211 - podała mi kartę. - życzę miłego pobytu.
Wzięłam kartę, a chłopak z obsługi wziął moje bagaże.  Wsiedliśmy do windy.
 - Ty też do tego programu? - zapytał.
 - Tak.
 - Sporo was tu.
 - Serio?
 - Połowa pokoi.
 - O matko...
Winda otworzyła się, a my ruszyliśmy korytarzem. Chłopak zatrzymał się pod drzwiami. Wzięłam kartę i nie wiedziałam co mam zrobić.
 - Pomogę.  - chłopak wziął kartę i włożył ją do czytnika obok drzwi.
 - Dzięki. - wzięłam bagaże i dałam mu napiwek.
 Otworzyłam drzwi do pokoju i moim oczom ukazał się korytarz zakończony oknem balkonowym. Prawdopodobnie na dźwięk otwieranych drzwi z wnętrza apartamentu podszedł do mnie chłopak.
 - Hej - rzucił.
 - Cześć - odpowiedziałam - yyy... co ty tu robisz?


______________________________
Następny dopiero jak ktoś doda komentarz :)

środa, 29 stycznia 2014

Rozdział 2

Dojechaliśmy na lotnisko.
 -Musimy iść oddać bagaże. - skinęłam głową na Dave'a.
 - Idź sama ja chwilę poczekam.
 -Dobra.
Ciągnęłam walizkę do odprawy bagażowej. Olbrzymia kolejka ciągnęła się przez pół lotniska.  Stałam w niej z godzinę-półtorej. Nareszcie, odprawa za mną. Szłam przez lotnisko do ławek.
 -Ja już chyba muszę iść.
 - Powodzenia.-mocno mnie przytulił.
 - Dzięki. - odwzajemniłam uścisk.
Odsunęłam się i wzięłam głęboki oddech. Odeszłam do szklanych drzwi. Było już po wszystkim, kontrola za mną a ja stałam już czekając na samolot. Ostatni raz sprawdzenie biletów i paszportu i zejście na płytę lotniska. Weszłam po schodach do samolotu. Zajęłam miejsce przy oknie. No i zaczął się ten cały cyrk  z dziećmi kopiącymi fotele, zrozpaczonymi ludźmi chcącym siedzieć przy sobie, drogami ewakuacji itp.
 -Prosimy zapiąć pasy, ustawić fotele w pozycji pionowej. Przypominamy że na pokładzie obowiązuje całkowity zakaz palenia.
Zaczęło się, lekkie turbulencje i po chwili wzbiliśmy się w powietrze. Zatopiłam się w muzyce i wpadłam w trans, z którego wyrwała mnie stewardesa.
 -Halo. Proszę pani, proszę przypiąć pasy.
Wykonałam polecenie i znowu turbulencje. Jak zwykle przy lądowaniu złapał mnie ścisk w skroni. Drobny hałas i samolot stanął na płycie lotniska. Weszłam do budynku i wzięłam swój bagaż tylko po to by oddać go znowu. Byłam w Berlinie, tutaj miałam się przesiąść w samolot prosto do LA. Nie czekałam dłużej niż pół godziny. Na pokładzie nowoczesnego samolotu znalazłam się jako jedna z pierwszych. Zajęłam miejsce przy oknie. Samolot powoli się zapełniał. W pewnym momencie jakiś wysoki chłopak szturchnął mnie w ramię.
 -Mogę?
 - Skinęłam głową.
Usiadł i znowu zaczęły się cyrki. Wzbiliśmy się w powietrze.
 -Silvian. - Wysoki szarooki uśmiechnięty blondyn wyciągnął do mnie rękę.
 -Sophie - uścisnęłam jego rękę.
 -Mówisz po angielsku? - pytanie zadane po angielsku i ten akcent wskazywały na amerykańskie pochodzenie.
 -Tak.
 -To dobrze.
 -Dlaczego?
 -Bo lecimy do LA.
 - Racja.
 - Życzę szczęścia.
 - W czym?
 -Jak to? W programie.
 - Skąd wiesz.
 - Na tym polega moja praca.
 - Jesteś agentem?
 - Nie moja misja to odstawić cię do programu.
 -Nikt mi o tym nie wspominał.
 - No chyba nie sądziłaś że niepełnoletnia dziewczyna może lecieć sama 12 godzin.
 -Szczerze powiedziawszy to tak właśnie myślałam.
 -No dobra.
 -A ty ile masz lat?
 -18
 - Pochodzisz z LA?
 - Nie z NY, ale teraz mieszkam w LA.
 - Pozwolisz? - z torebki wyciągnęłam słuchawki.
 -Jasne. Sam chciałem o to zapytać.
Włożyłam do uszu słuchawki. Silvian  zrobił to samo. Wysoki, szarooki blondyn, ubrany w czarne rurki, biały t-shirt, przykryty niebieską bluzą i zielono-niebieski trampki. Wsłuchiwałam się w każdą piosenkę przez prawie 3 godziny. Szturchnęłam blondyna w łokieć.
 -Co  jest?- wyjął słuchawki z uszu.
 -Nudzi mi się.
 -Boże...
 -No co?
 -Myślałem że lecę z 15-latką a nie 4-letnią smarkulą.
 -Bo tak jest.
 -Śmiem wątpić.
 -Mi się po prostu nudzi.
 -Inteligentny człowiek nigdy nie nudzi się sam ze sobą.
 -No wiesz ty co...
 -No co? - chłopak parodiował mnie.
 -Wydawało mi się że jesteś fajny.
 -Bo jestem -uśmiechnął się szarmancko.
 -No coś mi się nie wydaje.
 -Ej, bez takich.
 -Dobra, sorry. Podasz mi torbę?
 -Skoro tak ładnie prosisz.
Wstał i podał mi torbę z górnej półki.
 -Dzięki.
 -Co będziesz robić?
 -Czytać książkę. - machnęłam mu nią przed twarzą.
 -Jak będziesz głodna to daj znać.
 -Spoko...

* * *

Z szacunków pilotów wynikało że została nam godzina lotu...


_____________________________________________________________________________

Jeśli ktokolwiek to przeczytał to proszę o komentarze.
Bitte Ihre Kommentare
Please your comments.
                                                   

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział 1

Do walizki wrzuciłam wszystkie ciuchy jakie miałam. Przecież tak nie można. Co ja wyprawiam? Wyrzuciłam wszystko z walizki. Usiadłam załamana na łóżku.
 -I co ja mam teraz zrobić? - podparłam głowę na rękach. - samolot mam na 10:00, odprawa 2 h wcześniej, 2 h drogi więc muszę wyjechać o 6, wstać o 5, czyli mam niecałe 10 h.
Powiedzcie mi kto normalny jest w stanie spakować się w taką podróż w ciągu dziesięciu godzin. Wzięłam glęboki wdech. Dobra, na spokojnie. Lot ma trwać koło 12h, więc w samolocie trochę sobie posiedzę. Średnia temperatura w maju niecałe 20°C i małe opady. Potem w wakacje już jak w patelni. Jeszcze raz otworzyłam walizkę i na spokojnie poukładałam w niej ciuchy, właściwie w nich (w jednej się nie zmieściłam). Oszczędzę wam cierpienia i powiem że ogólnie rzecz biorąc to się ogarnęłam. Padnięta rzuciłam się na łóżko. Spojrzałam na budzik. No pięknie 20:00. Trzeba być mną żeby się tyle pakować. Nie czekając na nic zabrałam piżamę i poszłam do łazienki. Napuściłam gorącej wody do wanny. Ooo...tak. Tego było mi trzeba. Gorąca kąpiel. Nic nie działało lepiej na moje zmęczone ciało. Najlepsza okazja do pomyślenia. Może komuś wyda się to śmieszne, ale dzisiaj byłam zbyt rozkojarzona. Nie byłam w stanie snuć planów na przyszłość, myśleć o książce, zastanawiać się co jutro zrobić. W mojej głowie był wielki mętlik, tysiące myśli i pustka mieszały się w jeden wielki bałagan. Wyszłam z wanny i ubrałam się w piżamę. Rozczesałam włosy i zaczęłam myć zęby. Nareszcie moje myśli zwolniły. Ukojenie dla moich skołatanych nerwów. Chwilę późnej byłam już w łóżku. Nie mogłam zasnąć.
 - Jak ja Cie ubóstwiam mój mózgu. - tak właśnie, gadam sama do siebie. - No dalej, akurat teraz? No plis, jeszcze chwilę temu padałam, a teraz nie mogę zasnąć.
 Wzięłam do ręki książkę i zaczęłam czytać. W pewnym momencie oczy zaczęły mnie piec. Były całe załzawione i bolały nieludzko. Mimo to nadal nie mogłam zasnąć. Zeszłam na dół. Dziwne, nikogo nie ma? Dopiero teraz spojrzałam na kuchenny zegar ścienny. 23:47!!! No tak, jak na mój dom to nie jest aż tak późna godzina, ale wszyscy chcieli mnie rano pożegnać. Otworzyłam lodówkę, zjadłam "małe co nie co" i zrobiłam kakao. Duży kubek kakao.Wróciłam do pokoju i usiadłam na parapecie. Patrzyłam w niebo, które niestety tego dnia było zachmurzone. Mimo to zza ciemnych obłoków co jakiś czas na chwilę wyskakiwały skrawki granatowego nieba mieniącego się gwiazdami. To takie niesamowite... miliony lat świetlnych od nas to zwykłe kule gazu, jakaś zbitka cząsteczek, ale z naszej perspektywy to jedno z najpiękniejszych zjawisk małe punkciki mrugające do nas. Nareszcie, poczułam jak moje powieki robią się coraz cięższe. Ciało powoli odmawiało posłuszeństwa, a świadomość opuszczała mnie z każdą sekundą. Zdążyłam wgramolić się do łóżka i tu straciłam świadomość kompletnie.

*  *  *

Ze snu wyrwał mnie budzik. Co?! Już?! Przecież dopiero co zasnęłam. Nie chcę mi się wstawać. Z powrotem zamknęłam oczy. O matko! To dziś! Zerwałam się z łóżka ekspresowo. Podbiegłam do szafy w której miałam naszykowane ubranie. Pobiegłam do łazienki. Ubrałam się w krótkie spodenki z kieszonkami obszytymi koronką, biały top i sweterek écru, taki typowy lekko asymetryczny (troszkę dłuższy z prawej strony), podwinięte rękawy, tuż nad łokcie i odsłonięte prawe ramię. Do tego złoty wisiorek z białymi piórkami i perełkami i kolczyki perełki. Włosy spięłam w luźnego wysokiego koczka. Wróciłam do pokoju i zgarnęłam torebkę. Zbiegłam po schodach na dół.
 - Hej wszystkim. - krzyknęłam
 - Części kochanie, troszkę ciszej bo obudzisz Dominika.
 - Cześć siostra.
 - Ania, a ty już nie śpisz?
 - Chciałam się pożegnać.
 - Strasznie się cieszę że o mnie pomyślałaś, ale przecież powinnaś iść spać.
 - Aniu, Sophie ma rację.  Idź już z powrotem spać.
 - Kocham Cię - mała wtuliła się we mnie.
 - Ja ciebie też.
Moja siostrzyczka zrozumiała, że dalsza dyskusja nie ma sensu i grzecznie poszła do sypialni.
 - Musimy się zbierać. - Dave zbierał swoje rzeczy.
 - Powodzenia córeczko. - mama przytuliła mnie mocno.
 - Kocham Cię mamo.
 - Sophie, naprawdę musimy się zbierać.
 - Już lecę.
Pobiegłam do samochodu i wsiadłam do środka. Wyjechaliśmy z podwórka. Teraz zaczęło się na dobre. 
                                                               

niedziela, 26 stycznia 2014

Prolog

Nie ukrywam że z wielkim wysiłkiem,  ale udało mi się w końcu otworzyć oczy. Przekręciłam się na prawy bok spoglądając na budzik.
 - Bosko. Nie ma to jak wstać z własnej nie przymuszonej woli wstać w sobote o 8 rano. Powaliło mnie? Czy ja nawet w wolny dzień nie mogę się wyspać?
 Ssunełam kołdrę. Udało się wstałam. Pewnie zaraz ktoś się zapyta, skoro mam wolne to dlaczego nie śpię? A żebym to ja wiedziała. Po prostu nie mogę spać. Bezsenność dopada mnie właśnie wtedy, kiedy najbardziej snu potrzebuję. Cóż poradzić, przyzwyczaiłam się do tego. Wstałam na własne nogi chwiejąc się. Pod nosem śmiałam się sama z siebie. Otworzyłam szafę, wyjełam różowe szorty, szarą bluze z nadrukiem z kwiatów ułożonym w napis "flower dreams" i zestaw czystej bielizny.  Weszłam do łazienki. Rozebrałam się i nalałam do wanny ciepłej wody. Zanurzyłam się. O tak, tego było mi trzeba. Jak zwykle wczoraj czytałam do późna i nie miałam siły się wykąpać. Umyłam włosy i wyskoczyłam z wanny. Wysuszyłam włosy i spięłam je w niechlujnego koczka. Ubrałam się i pędem wbiegłam do pokoju zgarniając torebkę. Zbiegłam na dół.
 - Hej mamo.-rzuciłam otwierając lodówkę.
 -Cześć. Idziesz gdzieś? - mama zmierzyła mnie wzrokiem.
 - Tak. Jakby coś do dzwoń. - rzuciłam wychodząc z kuchni z jogurtem.
 -Ale...
 - Ale co?
 -Już nic. Tylko wróć przed szesnastą.
 - Spoko.

                                                                                 * * *

Byłam na mojej polanie. Tak mojej własnej. Polubiłam to miejsce, pokazał mi je Artur (znajomy). Nie wielka powierzchnia zarośnięta wysoką trawą i z jednym starym  drzewem. Siedziałam na jednej z jego gałęzi czytając książkę. Na polane można się dostać z dwóch stron. Od strony lasu i od strony rzeki. Ja dostałam się tu pierwszym sposobem. Od mojego domu miałam prawie kilometr na przystanek. Z niego 4 przystanki i kilometr do lasu. A potem albo ścieżką i po kamieniach przez rzekę, albo na czuja między drzewami i po głazach.  W sumie prawie 8 km od domu. Co za tym idzie prawie 7 od ostatnich zabudowań. Cisza i spokój. Mój raj na ziemi.
 -When she was just a girl. She expected the world. But it flew away from her reach, so... - telefon wyrwał mnie z zaciętej dyskusji między wiedźmą a Edmundem (tak właśnie, czytałam Narnię)
Wyjęłam telefon i spojrzałam na wyświetlacz.
 -Hej mamo. - mruknęłam.
 -Gdzie ty jesteś?! Wracaj natychmiast! - myślałam że mojej rodzicielce naprawdę zależy na tym żebym straciła słuch.
 - Coś się stało?
 - Przyszedł list!
 -I dlatego mam wracać do domu?
 - Nic nie rozumiesz!
 -  No tak się akurat składa że nie.
 - To jest list z Ameryki!!!
 - Chyba nadal nic nie rozumiem.
 - No przecież wiesz! Brałaś udział w tym konkursie! Na pewno się dostałaś!
A tak... Nie wspominałam jeszcze. Zgłosiłam się do programu muzycznego. Nie liczyłam na zakwalifikowanie się i szczerze powiedziawszy nadal nie liczę. Każdy z uczestników ostatniego etapu eliminacji miał dostać wejściówki na widownie do finałowego odcinka.
 - Daj spokój do pewnie wejściówki. - mruknęłam
 -Tak. Wejściówki do sławy. Zresztą po co ta cała dyskusja wracasz do domu i już.
 - Już lecę.
Hmm... Moja mama jest zabawna. Ja? Ja w programie międzynarodowym? Phi... Oczywiście zaraz po koronacji na królową Anglii i odebraniu Oscara. Sarkazm, moja cecha rozpoznawcza.
                
                                                                              * * *

Dochodziłam do domu. Spojrzałam na wyświetlacz. No pięknie 15:30. Wracałam godzinę. Matka jeszcze pomyśli że w Warszawie byłam. Otworzyłam furtkę.
 - No chodźżeż dziecko drogie.- krzyczała mama stojąc w drzwiach.
 - Mamo, cicho. Całe miasto nie musi wiedzieć że wróciłam do domu.
Zdjęłam buty i poszłam do kuchni. Spojrzałam na stół a tam leżał list. Zamarłam. Nie wierzyłam w wygraną, więc po co te ceregiele? No już dalej otwórz tą durną kopertę. Delikatnie chwyciłam list.  Miałam wrażenie że czas się zatrzymał. Ręce mi się trzęsły a do oczu zaczęły napływać łzy. Opanuj się! Ogar! Co ty sobie wyobrażasz? Że wygrasz?! Przestań się oszukiwać! Potrząsnęłam głową, wzięłam głęboki oddech i odwróciłam kopertę. Stało się. Nie ma odwrotu. Otworzyłam tę zakichaną kopertę. Delikatnie wysunęłam list.  Miałam przed oczami litery, ale nie byłam w stanie ich odczytać. Głęboki oddech. No to jedziemy...

Z przyjemnością informujemy iż

Sophie West

zakwalifikowała się do udziału w programie "The American Voice"
Szczegóły pod numerem
100 101 102
Prosimy o potwierdzenie przybycia do 18.05.2013 do godz. 16:00 
(czasu polskiego)

-Mamo! Wygrałam! Rozumiesz?! Rozumiesz!? Jestem w tym programie!!!
- Wiedziałam że Ci się uda.
Skakałam piszcząc jak opętana.
 - Sophie!
 - Co?! - ucichłam i spojrzałam na mamę. Wyglądała jakby zobaczyła ducha. - No co? Powiesz mi o co chodzi?
 - Osiemnasty jest dzisiaj! Mamy 15:53!!!
 - Jezus Maria! Dzwoń natychmiast jak!- jak oparzona rzuciłam mamie telefon, a ta stała jak sparaliżowana - No dzwoń o jasnej!- ugryzłam się w porę w język.
 -Dzie..Dzień do-do-dobry.- mama jąkała się - Ja dz-dz-dzwonię w sprawie Sophie West. Tak S o p h i e  W e s t. Dobrze rozumiem. A kiedy ten samolot? Jak to? List doszedł dzisiaj. Dobrze - tutaj nastała długa przerwa- Dobrze. Do widzenia.
Bałam się. Bardzo się bałam. Z tonu mojej mamy nie można było wyczytać nic pozytywnego.
 -Eee... Aaa... Ja nie wiem co powiedzieć.- mamie naprawdę mowę odebrało.
 - Najlepiej prawdę.
 - No więc masz jutro samolot o 10, na Okęciu.
 -Co?! Przecież ja nawet nie mam biletów.
 - Jest na lotniku, wystarczy że pokażesz dowód tożsamości i Ci go wydadzą.
Spojrzałam na zegarek. Jest 17:00. Muszę się spakować! Pobiegłam do pokoju. Wyciągnęłam walizkę i wrzuciłam tam wszystkie ciuchy...

sobota, 25 stycznia 2014

Bohaterowie

 Logan Henderson (18l.)
Pochodzi z Texasu, aktualnie mieszka w LA. Urodzony 14.09
Jest osobą uchodzącą za najdojrzalszą w zespole.
Uwielbia zwierzęta i kocha sporty, zwłaszcza te ekstremalne.


Kendall Schmidt (17l.)
Pochodzi z Kansas, mieszka w LA. Urodzony 2.11
Miał jeszcze jeden zespół, który rozpadł się pół roku temu.
To on zawsze myśli na trzeźwo i nie zawodzi w najgorszej sytuacji.
Stara się zdrowo odżywiać i nienawidzi  historii.


James Maslow (17l.)
Pochodzi z NY, aktualnie mieszka w LA. Urodzony 16.07.
Jego rodzice zadbali o karierę gdy miał zaledwie 6 lat.
Nie lubi sms'ować i nie pija mleka.


 Carlos Pena (18l.)
Pochodzi z Columbii, mieszka w LA. Urodzony 15.08
 Jest wysportowany i pewny siebie.
Często pozostali chłopcy muszą dbać o to żeby jego pomysły nie zaistniały
w świecie realnym.
Uwielbia jeździć na desce i jeść ryby.

Sophie West (15l.)
Urodziła się w Irlandii, mieszka  pod Warszawą. Urodzona 21.08.
Dziewczyna nieśmiała, nie za wysoka ciemna blondynka. Ma 
duże brązowe oczy. Jest dziewczyną szukającą szczęścia gdziekolwiek.
Uwielbi zwierzęta, słodycze  i włoską kuchnię.


Morgan Eduard Smith (17l.)
Pochodzi i mieszka w Londynie. Urodzony 17.09.
Chłopak wiecznie czekający na "te jedyną, niepowtarzalną
okazję". Za cel obiera sobie wyrwać się z perfekcyjnej przyszłości,
zaplanowanej przez rodziców.
Nie lubi sera, uwielbia mleko.

Bruno Andrew Swiss (16l.)
Pochodzi z Berlina, mieszka w Londynie. Urodzony 15.05.
Szuka siebie, wszystko traktuje niepoważnie. Pod
maską uśmiechu skrywa ból i cierpienie.
Kocha sporty ekstremalne i fast food'y.



Ross Lucas Peter  Nighter (16l.)
Pochodzi z Londynu, mieszka w Liverpool'u. Urodzony 27.06
Tajemniczy, ale otwarty. Nie szuka niczego.
Po prostu żyje chwilą. 
Uwielbia egzotyczne owoce i gry planszowe.

Louis Mitchel (15l.)
Pochodzi z Irlandii, tam aktualnie mieszka. Urodzony 21.03.
Uroczy, niepewny siebie.
"Daje z siebie wszystko, a jeżeli to nie wystarcza to 
znaczy że nie było warte zachodu."
Uwielbia jedzenie i biwaki.

 

                                                                       

Zwiastun...

Sława, pieniądze, fani dla nich codzienność.
Dla niej coś nieosiągalnego, coś o czym marzyła
przez całe życie.
Stara się osiągnąć cel, ale czy tak naprawdę jest nim 
właśnie sława?